Festiwal Bonawentura po raz kolejny udowodnił, że świat kurczy się i maleje w szalonym tempie. Mamy translatory w smartfonach, które pomagają dogadać się w każdym zakątku świata, mamy komunikację satelitarną, tanie loty i drony, które można wysłać na zwiady za najbliższą górę. Zaproszeni goście i prelegenci jak zawsze stanęli na wysokości zadania pokazując, często w zabawny, a nawet autoironiczny sposób, że to nie sam cel podróży jest istotny, ale to, w jaki sposób do niego zmierzamy. I znów, po raz kolejny, największą wartością okazała się umiejętność snucia opowieści, charyzma i poczucie humoru.
Publiczność festiwalowa, która wypełniła salę starosądeckiego Sokoła po same brzegi, w swoim dorocznym plebiscycie wybrała Arkadiusza Winiatorskiego (stonesontravel), który prowadził nas pieszo z Panamy przez Nikaraguę, Honduras, El Salvador, Gwatemalę, Meksyk i USA aż do Kanady. W dwuletniej wędrówce najważniejszy był człowiek i to człowieczeństwo właśnie – autentyzm i prawdę bez żadnych filtrów, pokazał Arek. Druga opowieść, która porwała słuchaczy, biegła rowerową trasą Piotra Strzeżysza z Polski przez Turcję, Iran i Pakistan w hinduskie Himalaje. Rower był także bohaterem równie wysokogórskiej podróży Roberta Robba Maciąga oraz grudniowej wyprawy na Kubę, na którą Ewa Szymkowska-Nowak zabrała swojego ośmioletniego syna Mieszka. Mieszko – jedyny tak młody podróżnik, który w tym roku opowiadał o swoich przygodach na Bonawenturze, pokonał nie tylko ponad 500 km kubańskiego dziurawego asfaltu, błotnych wertepów i rozległych kałuż; chmary komarów, ciemności spowodowane częstymi przerwami w dostawach prądu i niedobór żywności na trasie, ale także przełamał tremę przed publicznym wystąpieniem. Na długo w pamięci pozostaną nam opowieści Jędrzeja Józefowicza o wędrówce Arctic Circle Trail i bajkowe fotografie zorzy polarnej, i zaskakujące osobliwości Azerbejdżanu, o których opowiadał Witold Gapik. To nowa, niezadeptana jeszcze przez turystów destynacja, gdzie płonie woda, powstają najpiękniejsze dywany świata, gdzie rośnie niezatapialne drzewo żelazne, buzują energią magiczne miejsca mocy, a niezwykle gościnni mieszkańcy często dożywają sędziwego wieku 120 lat. To, że w podróżowaniu bardziej liczy się spryt niż pieniądze, wyłuskał Paweł Kunz, pokazując takie cuda jak bilet lotniczy na Zanzibar za złotówkę, czy nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu za 29 złotych, a Jakub Rybicki przekonywał, że unikając turystycznych resortów na Gran Canaria można, poza wydeptanymi trasami, znaleźć całą masę piękna i dzikich przestrzeni. Przez ostatni dzień festiwalu przeprowadziły nas legendy polskiego himalaizmu – Janusz Gołąb i filmowiec Oswald Rodrigo Pereira, a podniebna szybowcowa podróż z Sebastianem Kawą sprawiła, że nikt z nas już nigdy nie spojrzy na chmury tak, jak dotychczas. W tym roku nie zabrakło także akcentu lokalnego - przez atrakcje Sądecczyzny poprowadziła nas Zuzanna Długosz.
Były też fascynujące podróże muzyczne z Veroniką Vargą i Urszulą Makosz. Muzyka to język najbardziej uniwersalny – nie trzeba znać ani hiszpańskiego ani greki, ani hebrajskiego ani neapolitańskiego, żeby bezbłędnie odczytywać emocje, lewitować w melancholii i tęsknocie, na chwilę zupełnie zapomnieć o tym, co poza trwającą chwilą.
Trzy dni, choć barwne, gęste i bardzo intensywne, zleciały zdecydowanie zbyt szybko. Zostajemy z marzeniami o kolejnych podróżach, z kilkoma kwestiami do głębszego przemyślenia, w oczekiwaniu na następną edycję Bonawentury, która została zaplanowana na 13-15 lutego 2025.